– Gdybym teraz usiadł i powiedział: „Zostało mało kolejek i już nie mamy raczej szans na awans”, byłoby to mało ambitne – mówi Filip Modelski, obrońca Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Modelski, który w Podbeskidziu gra od niedawna, szybko stał się ważnym piłkarzem tej drużyny.
Paweł Przybyła: Dołączył pan do Podbeskidzia zimą. Bielsko-Biała się podoba?
Filip Modelski: Przyjechałem do tego miasta bardzo pozytywnie nastawiony i się nie zawiodłem. Jest nawet lepiej, niż się spodziewałem. Bielsko-Biała jest bardzo ładnym, przyjemnym miastem, żyją tutaj fajni ludzie. Podoba mi się atmosfera.
Pewnie wszyscy pytają, jak się czuje piłkarz, który wraca z Anglii do polskiej ligi [Filip Modelski jako junior trafił do młodzieżowych drużyn West Hamu United –przyp. aut.]. Mnie interesuje, co stało się w sezonie 2015/2016. Jakim cudem piłkarz stanowiący o sile już wtedy mocnej Jagiellonii Białystok nagle musi sobie szukać klubu?
– To temat zamknięty, nie będę do niego wracał.
To porozmawiajmy o Podbeskidziu. Wasze wyniki w rundzie wiosennej: 1:0, 0:0, 2:0, 0:0, 0:0, 1:1, 0:0 i 0:0. Wygląda, jakbyście na treningach pracowali tylko nad defensywą.
– Ta seria meczów, w których nie tracimy i nie strzelamy bramek, faktycznie wygląda na dosyć długą. Pracujemy oczywiście i nad defensywą, i nad ofensywą… Szczerze mówiąc, w ostatnim okresie dużo więcej nawet nad grą do przodu. Bronimy jako cały zespół i strzelamy jako cały zespół. Te wyniki pokazują, że mamy, uważam, dobry fundament, aby coś dalej budować. Jestem przekonany, że nasza niemoc strzelecka zaraz się skończy, to tylko kwestia czasu. Wiem, że kibice są zniecierpliwieni, że czekają, żeby cieszyć się z naszych goli i zwycięstw, ale trzeba zauważyć i docenić naszą dobrą grę w tej rundzie. Na papierze trudno obronić argument, że Podbeskidzie w każdym z wiosennych meczów było lepszym zespołem, ale – moim zdaniem – tak jest. Pokazał to mecz z liderem – Miedzią Legnica, w którym prezentowaliśmy się naprawdę dobrze.
No właśnie. Od Podbeskidzia ciągle wymaga się awansu. Wiadomo, że w tym sezonie już raczej ligi nie zwojujecie, ale może do końca tego sezonu uda się do tego stopnia scementować ten zespół – mając już poukładaną defensywę – że w kolejnych rozgrywkach będziecie jeszcze groźniejsi?
– Dlaczego sądzi pan, że nie zwojujemy? Matematyka na to ciągle pozwala, dlatego w to wierzę! Gdybym teraz usiadł i powiedział: „Zostało mało kolejek i już nie mamy raczej szans na awans”, byłoby to mało ambitne.
Uważam, że Podbeskidziu raczej nie uda się awansować w tym sezonie, pan nie musi tak sądzić.
– Jestem bardzo ambitny, podobnie jak wszyscy koledzy w szatni, sztab. Wszystkim zależy na jak najlepszych wynikach. Można spojrzeć na tabelę i osądzić, że Podbeskidzie w tym sezonie już o nic nie gra, a wcale tak nie jest. W każdym meczu gramy o pełną pulę, każdy piłkarz walczy o miejsce w składzie, o to, żeby zostać tu na dłużej, dlatego nie ma żadnego marazmu czy stagnacji. Do tego jest fajna atmosfera do pracy, wszyscy się bardzo mocno angażują w trening i kolejne mecze. A co pokaże tabela? Porozmawiamy po 34. kolejce.
Jeżeli chodzi o te fundamenty, o których pan wspomniał, to sporo trenerów powie, że zespół buduje się od tyłu. Bez tracenia bramek jest szansa na to, żeby z przodu strzelić i zdobywać kolejne punkty. Bardzo dobrze czułbym się w zespole, który stracił w ośmiu meczach jednego gola.
– Jest to bardzo pozytywny bodziec do dalszej ciężkiej pracy. W klubie myśli się o ekstraklasie i chciałbym z Podbeskidziem awansować. Cieszę się, że mogę przykładać jakąś cegiełkę do tej dobrej gry w defensywie, ale szczerze mówiąc, to… któregokolwiek z obrońców Podbeskidzia by pan nie zapytał, czy woli bezbramkowe remisy od zwycięstw 2:1, 3:1, 4:2, to każdy wolałby komplet punktów. Ale karta się wreszcie odwróci i zaczniemy strzelać gole a wtedy, gra na zero z tyłu będzie jeszcze cenniejsza.
Pamiętam, kiedy w zimie przyjechał pan na testy i był na nich naprawdę bardzo długo. Rozmawiałem wtedy z prezesem klubu i był pod dużym wrażeniem tego, że jest pan tak zdeterminowany, aby grać w Podbeskidziu. Dojrzali zawodnicy generalnie niechętnie chcą przyjeżdżać na testy, a co dopiero czekać na decyzję prawie miesiąc.
– Cieszy mnie to, że zostało to docenione. Ja wierzę w siebie i w swoją pracę. Bardzo dużo tej pracy gdzieś tam po cichu, na boku wykonuję, ale nie staram się szukać poklasku u nikogo. Mam świadomość, że żeby stać się lepszym piłkarzem, muszę dołożyć 200 procent od siebie, bo to, co na treningach, nie wystarczy.
Wyniósł pan to z pobytu w Anglii?
– Świadomość polskich zawodników jest coraz większa. Nam faktycznie wpajali, głównie w pierwszym roku, że trzeba również pracować indywidualnie, przychodzić wcześniej, zostawać dłużej. Trzeba sobie zdawać sprawę, że nie zawsze „ciężka praca” znaczy „mądra praca”, ale cały czas nie tylko w sferze fizycznej, ale także mentalnej każdy zawodnik ma rezerwy. Im więcej będzie pracował nad sobą, tym więcej z siebie wyciśnie.
Patrzę na naszą piłkę trochę z tej angielskiej perspektywy i muszę powiedzieć, że gonimy Zachód i to coraz szybciej. Nie ma co krytykować, chociaż takie głosy zawsze się znajdą. Trzeba z optymizmem patrzeć w przyszłość, bo teraz już naprawdę nie mamy się czego wstydzić.
Patrząc na warunki w innych klubach I ligi, trzeba chyba doceniać to, że gra się w Podbeskidziu. Pan przeszedł już w swojej karierze siedem różnych klubów, więc ogląd sytuacji jest.
– Ciągle powtarzam to młodszym zawodnikom, dla których Podbeskidzie to pierwszy klub, żeby to bardzo szanowali. Jest świetne zaplecze, dobre boiska treningowe, siłownia, stadion, piękne miasto, zaangażowani w klub ludzie, kibice. Życie mi pokazało, że nie wszędzie takie oczywiste rzeczy są na dobrym poziomie. Organizacyjnie klub jest na ligowym poziomie i zasługuje na grę w ekstraklasie, która do Bielska musi wrócić. Taki jest nasz cel.
Mówił pan wcześniej o sferze mentalnej. Tak sobie myślę, że pan jest teraz piłkarsko w idealnej sytuacji, aby odnosić sukcesy. Jest pan młody, ale jednocześnie jest pan już bardzo doświadczonym piłkarzem. Podbeskidzie to więc tylko przystanek?
– Staram się rozwijać na wielu płaszczyznach, ale kiedy skończę grać w piłkę, dalej będę miał rezerwy. Ze sportem jest tak jak z cytryną – trzeba wyciskać, ile się da. Te doświadczenia, o których nie chciałem rozmawiać, w znaczący sposób pomagają…
Czyli kiedy człowiek po prostu dostanie mocno w tyłek, jest jeszcze silniejszy, tak?
– Właśnie tak – i trzeba z tych doświadczeń umieć skorzystać. Ja się staram. Otaczam się ludźmi, którzy potrafią wskazać mi odpowiedni kierunek i mi pomóc. Podstawy do tego, żeby w piłce coś osiągnąć, mam, ale nie myślę o tym. Myślę o tym, że za chwilę włożę koszulkę i spodenki i będę ciężko pracował tutaj na siłowni. Mam rozpisane swoje cele krótkofalowe i długofalowe, ale o tych drugich myślę po każdym sezonie. W Bielsku czuję się bardzo dobrze; kontrakt mam podpisany do lata i to klub zdecyduje o tym, czy będzie chciał mnie mieć u siebie na dłużej.
Pamiętam rozmowę z Mateuszem Możdżeniem, kiedy grał w Podbeskidziu. Zadałem mu pytanie: „Jak się czuje piłkarz, który chwilę temu strzelał w LE bramkę Manchesterowi City, a dzisiaj gra w drużynie broniącej się przed spadkiem z ekstraklasy?”. Odpowiedział szybko i krótko: „Klamka do drzwi na Old Trafford w koszulce United jeszcze nie zapadła”.
– Szanuje takie podejście. Dokładnie wiem, co chcę osiągnąć, i staram się to robić. Kiedy jednak trwa liga, zajmuję się następnym meczem, analizą błędów z poprzedniego meczu. Długofalowe cele można osiągnąć dzięki realizowaniu tych krótkofalowych, czyli „step by step”. Chcę kiedyś grać na najwyższym poziomie, wierzę w to i robię wszystko, żeby tak się stało, ale nie czas, aby teraz o tym myśleć.













