„Słuchaj mnie, k***a, to nie jest koncert z piosenkami, na którym się tańczy!” – usłyszał rozochocony widz od wokalistki duetu Siksa, a basista jakby na potwierdzenie splunął w kierunku pląsającego mężczyzny. Sobotni wieczór w Kwadracie faktycznie nie był zwyczajnym koncertem. Choćby dlatego, że na scenie krakowskiego klubu doszło do międzypokoleniowego spotkania najbardziej punkowych wykonawców, którzy nie grają punk rocka.

  •  Legenda polskiego punka, grupa Dezerter zagrała jeden z ostatnich koncertów wiosennej trasy
  • Na scenie w Krakowie spotkała się z młodszym punkowym pokoleniem: Siksą, Hańbą! i Marszałkiem
  • Siksa zapowiedziała swój koncert hasłem “przyszłam was nękać” i spełniła obietnicę
  • “Czy to, co on mówi, że mówienie o gwałcie stało się passe jest oficjalnym stanowiskiem ‘Gazety Wyborczej’?” – mówiła Alex, wokalistka Siksy ze sceny
  • Mocnym punktem koncertu Marszałka była piosenka o życiu seksulanym “katocelebrytów”

W pewien sposób zazdroszczę młodym uczestnikom wczorajszego koncertu, którzy zameldowali się w Kwadracie zwabieni legendą Dezertera. Przed występem rodzimej legendy zostali bowiem skonfrontowani z czterema wykonawcami, którzy radykalny przekaz ubierają w formę absolutnie daleką od hardcore’owych riffów i ściany hałasu. Dla niektórych z nich mogła to być pierwsza okazja do przekonania się, że nie trzeba grać ekstremalnej muzyki, aby nokautować treścią.

Jako pierwszy na scenę wyszedł Janusz Reichel. Niepozorny człowiek z gitarą akustyczną, a przy tym prawdziwy weteran punkowej „trubadurki”. Szkoda, że klub dopiero zapełniał się ludźmi, ale nieliczni zgromadzeni wysłuchali w skupieniu zarówno dobrze znanych piosenek w rodzaju „Jako w niebie, tako i na ziemi”, „Jasiek malarz pokojowy” czy „Ratunku policja” (rozpropagowane przez Dezertera w wersji zelektryfikowanej), jak i rzeczy z ostatniej, świeżej jeszcze płyty artysty „Nikt nie chciał słuchać Kaczmarskiego”. Tu wyróżniała się „Tyrania prawaków” z tekstem zaczynającym się od wersów: „Nie jesteś stronnikiem poczętych / Nie czcisz żołnierzy wyklętych / Nie godzisz się z władzą biskupów / Uważasz że żywi ważniejsi są od trupów”.

Jeżeli Reichel już wyglądem pasował na barda-intelektualistę (nobliwa siwa broda, kaszkiet, koszula zarzucona na T-shirt Dezertera), tak kolejny punkt programu należał do jegomościa o zgoła odmiennym emploi. Klasyczna żonobijka i okulary kierowcy PKS to atrybuty Marszałka, na równi z gitarą basową w rękach i małym bębnem basowym pod nogami. „Będzie przeklinane” – ostrzegł przybysz ze Szczecina, zalecając co bardziej wrażliwym na wulgaryzmy prewencyjne opuszczenie sali. Pozostali wszyscy. I na dobry początek wysłuchali utworu o „katocelebrytach”, czyli małżeństwie Terlikowskich. Rzecz dosadna, bo opisująca życie erotyczne pary konserwatywnych publicystów, a inspirowana wywiadem udzielonym przez Małgorzatę T.

Pierwszy występ Marszałka w Krakowie oburzyć mógł też wyborców Kukiza („20 procent”), samozwańczą klasę średnią („Wanna Be”), biznesmenów „z koziej dupy, którzy w swojej firmie zatrudniają żonę i szwagra”, a awanturują się w kolejce do kasy („Zapraszam panią do kasy”) czy wreszcie członków organizacji narodowych obnoszących się z rzymskimi salutami i staroindyjskimi symbolami szczęścia („Pięć piw”). Pod sceną rozkręcił się pierwszy tego wieczoru mosh pit, w którym brylował ex-wokalista Włochatego, Paulus.

Praktycznie cały set Marszałka wypełniły utwory z wydanego właśnie winylowego splitu „Patriotyzm jutra”, dzielonego przez artystę z Siksą. I to właśnie koedukacyjny happenerski duet przejął scenę jako następny. „Przyszłam was nękać” – zapowiedziała wokalistka Alex, rozrzucając na boki potężnych rozmiarów sztuczne włosy, przypominające choinkowy ornament. Jeśli ktoś miał styczność z tą formacją, to wie, że nie można było liczyć na wiązankę typowych piosenek, przeplatanych zgrzebną konferansjerką. Siksa to monotonny, dronujący podkład basu i popis Alex – happening, performance, a poniekąd i psychodrama w jednym.

Janusz Reichel podczas swojego setu powiedział, że „kultura gwałtu zaczyna podnosić swój przebrzydły łeb”. To, co punkowy bard wyrażał poetycką frazą, Siksa zaserwowała niemal namacalnym policzkiem w zbiorową twarz publiki. Była dedykacja dla byłego chłopaka, który zachowywał się kurtuazyjnie wobec rodziców wybranki, miał nieskazitelnie białe zęby i studiował prawo, ale serwował też machystowskie zagrywki na poziomie naspidowanego dresiarza. Histeryczna nawijka Alex, przetykana urywkami popowych szlagierów, kibicowskich zaśpiewek czy gestów tak wymownych jak symulowana kopulacja z barierką. Publiczność najwidoczniej miała świadomość z czym obcuje, kiedy pomiędzy widzami przepychała się filigranowa wokalistka. Chociaż… zdarzały się wyjątki.

„Słuchaj mnie, k***a, to nie jest koncert z piosenkami, na którym się tańczy!” – skarciła Alex tańczącego faceta, wymierzając mu przy tym środkowy palec w twarz. Innego, niemal dwa razy większego od niej dosłownie złapała za gardło. Jak powiedział znany niezależny wydawca, konsternacja wzbudzana przez ten duet musi być porównywalna z szokiem, jaki w 1977 roku zadawali brytyjskim mieszczanom pierwsi wyznawcy no-future’yzmu.

Dostało się zresztą nie tylko nabuzowanym samcom, bo porcję „pozdrowień” odebrał też pewien dziennikarz, który ewidentnie rozsierdził Siksę recenzją swojego autorstwa. „Ten koleś pisze recenzje i mówi, że więcej punk rocka byłoby we mnie, gdybym na was rzygała ze sceny, podczas gdy sam wygląda jak student masturbacji” – niemal na jednym wydechu wyrzucała z siebie Alex – „Czy to, co on mówi, że mówienie o gwałcie stało się passe jest oficjalnym stanowiskiem Gazety Wyborczej? Zapraszam cię, ty c***u, na imieninową herbatkę z moim gwałcicielem!”. Faktycznie, to nie był koncert z piosenkami i nijak nie dało się przy tym tańczyć.

Co innego podczas setu krakowskiej Hańby, która powitała publiczność w roku 1938. Przez kolejne trzy kwadranse można było faktycznie nabrać przekonania, że punk narodził się na krakowskim Podgórzu w dwudziestoleciu międzywojennym. Nieczęsty jest widok irokezów falujących podczas klezmerskiego solo na klarnecie lub załogantów uprawiających stage diving przy piosenkach z tekstami Tuwima. W Kwadracie oczywistym było, że Hańba zarówno doczekała się prawdziwych przebojów (entuzjastycznie przyjęte i sumiennie odśpiewane przez tłum numery w rodzaju „Żandarma” czy „Hoży i świeży”), jak i fanów noszących się na podobną modłę podwórkowych zawadiaków sprzed 80 lat (białe koszule, szelki, czapki-cyklistówki).

Nie zabrakło „Płać, chłopie!”, „Wojenki” czy „Narutowicza”, jak również niepokojąco aktualnego utworu z tekstem Tadeusza Hollendera („Kwiat młodzieży w ONRze /Piękni chłopcy, dziarscy chłopcy / Dzielni chłopcy faszystowscy”). Z kolei finałowe „Niemcy się zbroją” wybrzmiało wyjątkowo złowieszczo, zwłaszcza że wokalista uruchomił zabytkową syrenę na korbkę, która przez cały występ towarzyszyła kwartetowi na scenie. Notabene to chyba jedyny przypadek, gdy głośne okrzyki „Hańba!” wyrażają aprobatę.

No i wreszcie „gwiazda” wieczoru, a więc Dezerter. Zaczęło się wymownym mash-upem sygnału Dziennika Telewizyjnego z czasów PRL i motywu Wiadomości współczesnej TVP. Potem wiązanka pieśni bojowych z wszystkich lat działalności grupy. Obok „Tchórzy”, „Rejestru wariatów” czy „Szwindla” popłynęło też „Prawo do bycia idiotą” i „Nielegalny zabójca czasu”. Było „Ile procent duszy”, „Pierwszy raz”, „XXI wiek” i „Ostatnia chwila”, jak również mniej oczywiste strzały w rodzaju „Szeptów i krzyków” czy „Ratuj swoją duszę”. No i żelazne bisy – „Spytaj milicjanta” i „Dla zysku”.

Znamienne, że godnych kontynuatorów swojego dzieła Dezerter znajduje dzisiaj wśród akustycznego barda, lirycznego brutala, performerskiego duetu i miejsko-folkowej kapeli z tubą i akordeonem. Siksa i Hańba! mają w sobie zdecydowanie więcej punka, niż niejedna załoga kalkująca brytyjski punk ’77 lub pop-punkowe brzmienia zza Oceanu. O samym headlinerze trudno napisać cokolwiek więcej, niż to, że tradycyjnie imponował brzmieniem i swobodą, z jaką aktualizuje setlistę i eksperymentuje z aranżacjami. „Napisz, że wszystkie teksty są tak aktualne, jakby zostały napisane wczoraj” – dodał kolega. Niestety miał rację.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz swój komentarz!
Wpisz swoje imię tutaj